Termin oddania teorii: koniec kwietnia. Broń Boże pierwszy dzień maja, jako że jest to "Święto Pracy, w tym również pracy magisterskiej". Kiedy dowiedziałem się o terminie, okazało się, że mam dwa tygodnie na... wymyślenie, o czym będę pisał i napisanie tego.
Nie, nie było tak źle: temat jest mi doskonale znany, jednak nie jest znany promotorowi, co oznacza, że wszystkie moje koncepcje zwyczajnie rozpieprzał własnymi, nie do pogodzenia z tym, co chciałem, jak chciałem i dlaczego właśnie to chciałem napisać. Wobec tego, kiedy okazało się, że to są dwa tygodnie (łącznie ze zmobilizowaniem się i przerwami), po prostu uznałem, że nie obchodzi mnie promotor, napiszę po swojemu.
Właśnie kończę, zostały mi dwa podrozdziały. Zajebiste to nie jest, zwykle stać mnie na więcej, ale mieści się w "niezłe łamane przez dobre".
Kilka godzin temu rozmawiałem z kolegą z seminarium, który podlega promotorowi - realizuje badania według jego koncepcji. I cóż, okazało się, że on nie ma praktycznie nic. Badania zrobił pod kierunkiem promotora, ale ten po jakimś czasie - i podliczeniu wyników - uznał, że badania są zrobione źle i należy je powtórzyć. Do teorii promotor nie podał lektury. Porady są ogólne, nie ma ich wcale, albo - niespodzianka - psują koncepcję. Dodatkowo dowiedziałem się, że promotor zmienił termin na 27 kwietnia, ale oficjalnie nadal o tym nie wiem - ochrzan zebrał on.
Wychodzi, że jednak czasem lepiej pisać magisterkę samemu, a temat, który zna się zbyt dobrze, nie jest takim znowu utrudnieniem: najwyżej będę skracał i zawężał teorię, która właśnie - wraz ze stronami początkowymi i bibliografią - osiągnęła 50% maksymalnej objętości pracy. Przynajmniej nie narzekam na brak literatury - zawartość moich półek i dysku umożliwiłaby mi napisanie doktoratu.
Natomiast nie wyobrażam sobie sytuacji, w której miałbym promotora, na którego nie można liczyć, i problemy z ogarnięciem tematu pracy. Na razie trochę obawiam się badań, bo z opowieści kolegi wynika, że nie powinienem liczyć na zbytnie wsparcie metodologiczne, natomiast teoria to naprawdę małe piwo. Widziałem kilka magisterek. Mam książkę o pisaniu magisterek. Umiem pisać teksty akademickie. Znalazłem plik o cytowaniu w standarcie APA. Wymyśliłem temat. Czego więcej mógłbym chcieć? Tymczasem sporo osób z mojego roku zapewne leży i kwiczy...
Moja matka ma naprawdę podziwu godne mechanizmy radzenia sobie z trudnymi sytuacjami.
Ponieważ w zeszłym roku to ona była odpowiedzialna za rachunki, w tym roku spędziliśmy upojne dwa i pół tygodnia bez prądu. Całe szczęście, że jeszcze było zimno - dało się przechować żywność bez większych problemów. Podjąłem próby zdobycia pieniędzy na włączenie rachunków, podczas gdy matka wykonała trzy telefony do znajomych pierwszego dnia (nikt nie miał gotówki), a potem stwierdziła, że nic więcej nie da się zrobić, nie wymyśli, niemożliwe, pieniędzy nie będzie póki w cudowny sposób nie spłyną do nas ze źródeł, na które liczymy od jesieni, więc trzeba się przyzwyczaić do życia bez prądu. Nadal wykorzystywałem swoje pomysły (kilka delegowałem jej, ale uznała, że to bez sensu), kiedy odezwała się krewna jednej z tych trzech osób (technicznie moja ciotka), że nam pożyczy pieniądze. Mam mieszane uczucia. Fajnie, że jest prąd i nie spodziewałem się pomocy ze strony tej osoby. Niefajnie, że okazało się kolejny raz, że jeśli moja matka będzie jęczała dostatecznie długo, to ktoś na pewno wszystko za nią załatwi. Siostra byłego męża da pieniądze, syn odhaczy wszystkie kwestie techniczne... Rozbroiła mnie szokiem, że mając pieniądze dopiero w czwartek załatwiłem technika na piątek - była przekonana, że co najmniej w poniedziałek.
Wróciłem w każdym razie w czwartek z informacją, że prąd będzie nazajutrz i dowiedziałem się, że sąsiadka babci oznajmiła matce, że babcia nie ma już emerytury (odebranej tydzień wcześniej), chodzi i żebrze, więc może byśmy jej coś pożyczyli...
Nie mieliśmy co pożyczać, na włączenie prądu poszła także spora część pieniędzy przeznaczonych na przeżycie w tym miesiącu. Trochę zmarnowało się na Wielkanoc - ja nie obchodzę tego święta, bo go nie czuję ani religijnie, ani rodzinnie, babcia by obchodziła, ale o niej zapomniała (Alzheimer), natomiast matka się uparła, że Wielkanoc Musi Być, że to zapewne ostatnia z babcią, że mimo braku prądu da się zorganizować, że tylko kilka produktów... a potem prawie babcię zamordowała przy stole, bo babcia - niespodzianka! - zachowywała się jak osoba z zaawansowanym Alzheimerem. Po odbębnieniu Wielkanocy wyliczyłem matce (ona nie potrafi), że mamy 125 zł tygodniowo na wszystko i ma się tego trzymać. Wersja "ja trzymam kasę i wszystko kontroluję" się nie sprawdziła - matka reagowała dziecinnym buntem i robiła wszystko, żeby móc się napić (moja wina, moja! ja to spowodowałem nadmierną kontrolą!). No więc teraz ona trzyma kasę, a ja staram się jeść u znajomych, bo lista wydatków niezbędnych do przeżycia obejmuje kawę, herbatę, papierosy, jedzenie dla zwierząt i papier toaletowy oraz jej doładowania telefoniczne, natomiast jedzenie dla ludzi jest zbędnym luksusem i nie zawsze pojawia się w wystarczających ilościach.
Matka pojechała do babci, przeszukała jej rzeczy pod babci nieobecność, nie znalazła pieniędzy, za to znalazła nowe książki, co - nie wiedzieć czemu - ją trochę zdziwiło. A ponieważ okazało się, że babcia nie ma pieniędzy, a my mamy 125 zł tygodniowo na dwie osoby i czworo zwierząt, więc nie możemy jej pomóc, matka rozwiązała sobie problem wydaniem pieniędzy na alkohol. W ten sposób jej już to nie rusza, może sobie pić i mieć nadzieję, że problem głodującej babci cudownie rozwiąże się sam.
W sprawie babci mogę zadzwonić do jej przyjaciół i najprawdopodobniej to jutro zrobię, natomiast naprawdę nie rozumiem, czemu matka od lat deklaruje, że jeśli jej TEŻ zdiagnozują Alzheimera, to się zabije, żeby nie robić problemów mi takich problemów, jak dziadek i babcia robili jej, skoro już teraz - na własne życzenie - jest niezdolna do samodzielnego funkcjonowania.
Żeby było śmieszniej, w tych warunkach muszę napisać całą część teoretyczną magisterki. Zawsze coś mi w tym przeszkadzało - jak nie taki dramat, to siaki - a teraz, gdy mam bardzo mało czasu, liczba dramatów sięgnęła apogeum.
Ale spokojnie, ZAWSZE może być gorzej.
Wszystko wskazuje na to, że już po romansie. Powód najbardziej ironiczny na świecie: facet jest zbyt normalny, by chcieć być z kimś po przejściach, a zwłaszcza po przejściach z poprzednim facetem i jego wcześniejszą wersją.
Iskrą zapalną była bowiem nerwowa reakcja na skojarzenie z tym, co u poprzednika było najbardziej toksyczne.
Poprzednik ma mordę, ale to ja z nim byłem, więc wychodzi na zero. Mogłem go rzucić w lipcu, zamiast czekać do listopada.
Strasznie przykre, dołujące doświadczenie: stracić coś dobrego przez nadmiar, kurwa, innych ludzi po przejściach.
Żeby było śmieszniej:
Wróciłem do domu po dwudniowej nieobecności. Bawiłem się doskonale, byłem dokładnie w takim środowisku, w jakim chciałem być, robiłem to, co uwielbiam, w drodze powrotnej wpadłem na dwa znakomite, bardzo przyszłościowe pomysły i podładowany nimi oraz trzecim, który przyszedł do mnie przed wyjazdem, wszedłem do domu.
Kilka godzin wcześniej dostałem pytanie, za ile będę, bo matka gotuje obiad, wysłałem SMS-a spod Warszawy, że już jadę. Spodziewałem się, że przy obiedzie pogadamy, opowiem jak było, podzielę się pomysłami.
Wchodzę do domu, a tam ciemno, syf i na wpół przytomna alkoholiczka, która wykorzystała okazję, że jej żywe sumienie wyjechało w delegację.
Nawet nie mogę mieć do niego pretensji.
Ponad dwa miesiące kontaktu, kolejne spotkanie, grube kilkaset maili i smsy.
Jestem zachwycony.
Bez krytykowania na każdym kroku, manipulacji i ignorowania - zamiast tego jest otwarty kontakt, obustronne nastawienie na dawanie i widzenie samych pozytywów. Duużej ilości pozytywów. I mówienie o nich. Czasem po kilka razy, ale dobrych słów nigdy za wiele.
Bez psychoterapii! Znalazłem człowieka, który jest ogarnięty życiowo, uwielbia to życie i ma pełno energii, a większość problemów już przepracował i absolutnie nie potrzebuje do tego mojej pomocy!
Mamy mniej więcej ustawioną relację, już bez stada znaków zapytania na każdym kroku. Przy okazji drugiego spotkania pojawiły się dwa konflikty - jeden rozwiązaliśmy w pięć minut, drugi w najwyżej kwadrans, w obu przypadkach chodziło o niedostatek komunikacji. Ogólnie jednak komunikujemy się bardzo, bardzo dobrze, mamy swój język, kody i zaczynamy widzieć kolejne warstwy komunikatów oraz przewidywać reakcje.
Więc jednak można się zgrać, szanować, okazywać sobie nawzajem troskę i traktować drugą osobę poważnie.
A poza tym on za mną szaleje :)
Kontynuujemy korespondencję, planując następne spotkanie. Miło przeczytać, że dyrektor sprzedaży będzie szukał okazji, by przyjechać służbowo do innego kraju - i konkretnego miasta - możliwie szybko. Tym bardziej, że zaczynaliśmy od zabicia jednego wieczoru, a zapowiada się przyjemny romans.
Siedzę z diki.pl i sprawdzam słówka. Łypię też na repetytorium leksykalne z zamiarem pozaznaczania, które wyrazy już znam (to bardzo budujące i przy okazji stanowi świetną metodę utrwalania słownictwa), a także na Murphy'ego, bo czuję, że przydałaby mi się powtórka trybów warunkowych i bardziej złożonych czasów. Normalnie szok. Czynny angielski zaczął mi być potrzebny do czegoś konkretnego i momentalnie skoczyły mi ambicje.
Obejrzałem hurtem - w niewiele ponad dobę - całą "Grę o tron" i teraz czytam książkę; właśnie pojawił się Samwell Tarly, człowiek dość odważny, by umieć przyznać przed innymi, że jest nieziemskim tchórzem. Bardzo go lubię, przypomina mi trochę Neville'a Longbottoma - w serialu miał nawet identyczną scenę z przeciwstawieniem się przyjacielowi (co też wymaga odwagi; zastanawiam się, jak bardzo wyrobi się przez następne tomy). Przeczytałem też trochę recenzji książki na lubimyczytać, dużo osób wymieniało tam ulubionych bohaterów - i obawiam się, że jestem mało oryginalny. Tyrion Lannister, Jon Snow, Arya, Daenerys. Swoją drogą, bardzo rzadko podobają mi się kobiece postaci literackie; stworzenie aż dwóch ulubienic występujących na kartach jednej książki to prawdziwy wyczyn.
Przy okazji oglądania serialu doszedłem do wniosku, że jednak jestem strasznie wrażliwy - zniesmaczała mnie ilość krwi, flaki na wierzchu, rozgniatana tarczą czaszka, bulgot rozdartej tętnicy. Dobrze, że nie cenzurowali serialu (od razu przypomniał mi się papierowy "Wiedźmin"), ale ileś razy wydawałem z siebie zdegustowane "yy". Realizm fabularno-psychologiczny - tak, nagie ciała - tak, rzeźnia - zło konieczne.
Na Filmwebie namierzyłem wątek, w którym jakiś człowiek bulwersuje się, że w jednym odcinków pojawiła się scena, w której dwóch gejów/bi goli sobie włosy na piersi (później jeszcze jeden klęka przed drugim w wiadomym celu) i co on by powiedział dziecku...
Rzeź - okej, bo to samo dziecko znajdzie w dowolnej grze komputerowej. Mnóstwo heteroseksualnej erotyki ocierającej o pornografię, w tym scena seksu między rodzeństwem - okej. Teksty w rodzaju "Pozwoliłbym cię zerżnąć 40? tysiącom mężczyzn i ich koniom, byle odzyskać władzę" (w wykonaniu czułego braciszka sprzedającego siostrę) - okej. Dziecko to wszystko może oglądać. Ale depilacji męskiej klatki piersiowej - już nie.
Zdziwiłem się.
Byłem w środę na randce idealnej. Ku mojemu ciężkiemu zaskoczeniu, bo nie miałem zbyt wysokich oczekiwań - ot, chciałem się dla odmiany z kimś spotkać, odreagować ostatni tydzień. Nawet nie byłem przekonany do spotkania z tą właśnie osobą, bo sporo starszy (nawet jak na mnie i moje przebywanie głównie z nie-rówieśnikami), uderzająco podobny do męża przyjaciółki i jeszcze spoza Polski, co zapowiadało sporo barier komunikacyjnych. Słowem: pierwszy lepszy facet z brzegu.
"Pierwszy lepszy facet z brzegu" okazał się niesamowicie otwartym na świat i ludzi, dojrzałym, inteligentnym i cudownie uporządkowanym wewnętrznie człowiekiem z dużą klasą.
Spotkaliśmy się w japońskiej restauracji i spędziliśmy tam ładnych kilka godzin, kontemplując przygotowywanie sushi i pływające łódeczki z potrawami, delektując się różnymi smakołykami (dostałem zakaz patrzenia na ceny i pod koniec byłem głęboko nieszczęśliwy, kiedy przepływała koło mnie przepiękna, duża porcja maki z tuńczykiem, a ja już nie miałbym co z nią zrobić) i dyskutując na przeróżne tematy. Okazało się, że mój nieszczęsny angielski pozwala mi przedstawić sytuację osób LGBT w Polsce, wyrazić zdanie na temat legalizacji marihuany, zrozumieć specyfikę pracy dyrektora sprzedaży międzynarodowej korporacji, przytoczyć ileś anegdotek, opowiedzieć o wyższości Kindle'a nad iPadem (zaczynając od "co to jest Kindle, jak wygląda i do czego służy"), wdać się w dyskusję na temat spadku jakości telewizji w Szwajcarii i Polsce pod wpływem programów z USA oraz zrozumieć smutne konsekwencje spadku wartości euro. Błyskawicznie złapaliśmy dobry kontakt, a randka trwała dużo dłużej niż mieliśmy w planach.
Po powrocie do domu przeczytałem wysłanego zaraz po rozstaniu maila z mnóstwem ciepłych słów, podziękowaniem za spotkanie i nadzieją, że nie było ono ostatnie. Bardzo przyjemny gest. Zresztą mężczyzna zdecydowanie umiał się zachować, kilka razy dopytywał, czy wszystko ok, a może mam jakieś życzenia, może bym czegoś chciał? Przykładowo, zanim zdążyłem pomyśleć, że chętnie bym się czegoś napił, on już pytał, na co dokładnie mam ochotę.
Kiedy byłem ostatnio na podobnym spotkaniu, miałem zbyt mało doświadczenia, by zorientować się, że jestem na randce (co było dość zabawne, zwłaszcza gdy umiałem już sobie wyobrazić reakcje zapraszającego), a zaraz po wyjściu z lokalu zostałem odwieziony do domu. Spory kontrast.
Nie rozumiem świata.
Jest się - podobno - najlepszym przyjacielem. Poświęca się swój czas, pomaga, wspiera, słucha, doradza. Widzi wady, ale nadal akceptuje. Staje obok, kiedy na człowieka rzuca się stado wrogich ludzi - kosztem paru innych przyjaźni i dobrego czucia się w grupie. Zaniedbuje inne sprawy, bo bliski jest w potrzebie. Nie kłóci o pierdoły.
Zdawałoby się, że to do czegoś zobowiązuje. Do jakiejś wzajemności. Do poświęcania czasu, pomagania, sprzeciwiania innym. Do dbania o jakość relacji.
Nie, jednak nie. Przeciwnie - wszystko wskazuje na to, że właśnie dlatego okazałem się pierwszy na liście do odstrzału. Bo im trudniejsze relacje, tym chętniej się o nie zabiega, bo są tym cenniejsze dlatego, że trudne. A ja to takie nic.
Zero okazania, że zależy. Machnięcie ręką i po sprawie, bo jakiekolwiek zmiany dla mnie - phi, po co. Za dużo wysiłku. Nie warto w ogóle podejmować prób.
Strasznie mi przez to źle: psychicznie, fizycznie. Starałem się, dbałem - tylko po to, by w końcu odkryć, że równie dobrze może mnie nie być.
Mój światopogląd dostał wczoraj zagadkę, na widok której uciekł z krzykiem. Czasami naprawdę nie rozumiem, czym kierują się ludzie przy podejmowaniu swoich decyzji - i chyba nie chcę znać tych motywów.
Dorwałem i kupiłem sobie na urodziny rewelacyjną książkę do nauki języków obcych, zawierającą mnóstwo pomysłów dostosowanych do własnego profilu inteligencji i dominujących kanałów sensorycznych i teraz starannie i z mozołem sprawdzam w praktyce jedną z technik - mianowicie zakreślam na kolorowo wszystkie znane mi słowa w obcojęzycznej książce. Tak, znane. W efekcie prawie cały tekst będzie pomarańczowy, a na marginesie będę mógł napisać definicje słów, których nie znam. Jak dotąd odkryłem, że rozumiem więcej niż gdybym czytał normalnie oraz lepiej koncentruję się na tekście. Kiedy skończę czytać książkę, przetestuję również kilka innych, nowych metod. Powoli zaczyna do mnie naprawdę docierać, że uczenie się języka nie musi być siedzeniem nad książką i kuciem słówek, tylko przyswajaniem ich w znacznie bardziej naturalny, bardziej atrakcyjny sposób. Cóż, faktem jest, że w osiem lat przeskoczyłem sam z siebie z pre-intemediate do tego upper-intermediate...
Bo, no właśnie, zrobiłem test w Empik School i chyba się nie doceniam, ponieważ zaklasyfikowano mnie do 10. poziomu na 12, co oznacza upper-intermediate; o jeden poziom wyżej niż myślałem.
Pora zacząć się doceniać!
Wylewa się ze mnie żal i rozgoryczenie.
Jednym z moich drażliwszych punktów jest bycie traktowanym jak darmowa - nie tylko bezpłatna w znaczeniu finansowym - pomoc psychologiczna. Ludzie nie chodzą do terapeuty, chodzą do mnie. Bo bliżej, bo oszczędniej, bo mają zaufanie, bo nie muszą szukać, bo mylą to z przyjaźnią, bo...
Póki działa to na zasadzie wzajemności - okej. Jeśli jednak wszystkie moje granice są przekraczane, jeśli mimo moich ostrzeżeń nie dostaję nic w zamian, bo inne tematy są ważniejsze, a ja mam rozumieć i rozumieć, że trudna sytuacja, że priorytety, że, że, że...
Czuję się wykorzystany i zdradzony. Co z tego, że jestem doceniany jako wsparcie, jeśli to jest wszystko, na co mogę liczyć? A inne aspekty mnie? A moje osobiste potrzeby? A moja wartość jako osoby?
Nie jestem podpórką, jestem człowiekiem. Który chciałby czasem usłyszeć "kocham cię", a nie tylko "dzięki za pomoc". Mam wrażenie, że nawet kot dostawał ostatnio więcej uwagi i ciepła niż ja. O ludziach nie wspominając.
Strasznie żałuję, ale nawet jeśli chcę być z osobą, nie chcę być w takim związku.
Taki właśnie tytuł nosi książka Wallace'a, którą właśnie skończyłem; książeczka i dzieło równocześnie, bo licząc sobie zaledwie sto kilka stron, jest owocem długoletnich przemyśleń autora na temat każdego z osobna i świata w ogóle. Co istotne - mimo że tematem przewodnim jest osiągnięcie wielkości (Wielkości, jak pisze autor), książka skoncentrowana jest równolegle na uczeniu pokory. Mówi wprost: tak, jesteś bogiem - o ile tak o sobie myślisz; myślenie jest tu kluczem do wszystkiego - ale pośród bogów, bo skoro wszyscy mają ten sam potencjał i każdy może stać się kim zechce, wszyscy jesteśmy sobie równi. Jest to też książka bardzo optymistyczna, czuje się, że powstała te sto lat temu: przesyca ją entuzjazm wobec świata. Autor zachęca do wykształcenia w sobie przekonania, że wszystko na świecie zmierza w dobrym kierunku. Zmarł w 1911 roku, mając zaledwie 51 lat - miałby szansę dożyć Wielkiej Wojny, a nawet II wojny światowej. Ciekawi mnie, czy te wydarzenia wpłynęłyby na jego światopogląd, czy umiałby je jakoś wyjaśnić.
Jak łatwo zgadnąć, książka jest bardzo religijna, acz nienachalnie - choć słowo "Bóg" pojawia się co najmniej kilkadziesiąt razy, zazwyczaj da się w jego miejsce podstawić Kosmos, Wyższą Inteligencję czy w co kto wierzy, o ile oczywiście wierzy w cokolwiek. Jeśli nie - całość nadal można odczytać jako solidną lekcję etyki. I chyba dlatego książka tak mi się spodobała - w przeciwieństwie do wielu innych nie kusi tanim sukcesem (na przykład u płci przeciwnej na przykład, Neurolingwistyczne Uwodzenie, a brr), który można osiągnąć w niezbyt uczciwy sposób - przeciwnie, dyskretnie potępia takie zachowania i wskazuje ich przeciętność. Pokazuje, co natomiast można zrobić, aby rozwinąć sobie prawdziwie silną osobowość, być odpornym na niepowodzenia i osiągać sukcesy niejako po drodze, jako coś, co samo przychodzi w wyniku bycia tym, kim się zadecydowało być.
Równocześnie zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń, na przykład że to, co się czyta i w jakich ilościach, nie jest tak ważne jak to, co się na ten temat myśli - i że czytanie Szekspira nie sprawi, że będzie się pisało jak Szekspir, trzeba po prostu myśleć jak on.
Kupić ją można tutaj.
Przy okazji naszła mnie refleksja, że mam na dysku stada książek typu "poradnik dla ubogich", których największą wadą jest to, że w prosty sposób przedstawiają złożone zagadnienia, podczas gdy przecież należy przedstawiać je jako skomplikowane, żeby czytelnicy mogli poczuć się tacy mądrzy, że oni to przeczytali i jeszcze zrozumieli główną ideę autora. Jedna z tego typu publikacji zawiera kwintesencję kilku moich przedmiotów na psychologii - oczywiście, że studia dały wiedzę bogatszą w mnóstwo szczegółów, niemniej jednak... W ten sposób wielu dziedzin nie trzeba studiować, żeby mieć konkretną i praktyczną wiedzę na dany temat.
Tu natychmiast przypomina mi się książka mojego promotora - dwadzieścia lat badań, by powstało sto dwadzieścia stron teorii spisanej prostym językiem.
Powinienem zapamiętać, że to norma: ilekroć matka dochodzi do siebie, ja potrzebuję kilku dni na odreagowanie. Zastanawia mnie, czy to bardziej kwestia atmosfery w domu i zarażania się nią, czy też spinania się emocjonalnie, żeby przebrnąć i ogarniać wszystko na bieżąco. Co ciekawe, zwykle pomaga reset: spanie dzień, dwa po wiele godzin, a następnie obudzenie się późnym wieczorem (pomiędzy 22 a 2) - wtedy wprawdzie z początku mnie nosi, jednak po kilku godzinach zaczynam dochodzić do konstruktywnych wniosków i mam napęd do dalszego działania. Zwykle oznacza to randkę z dziennikiem osobistego rozwoju, przegrzebywanie się przez e-booki albo pisanie czegoś.
Niestety skutkiem ubocznym jest głód - czasami nie bardzo jest czym go zaspokoić. Dzisiaj chętnie napiłbym się kawy, ale nie ma cukru ani mleka, a czarna... Cóż, nie jestem aż tak zdesperowany, wystarczy, że wypiłem gorzką miętę i (póki była) gorzką herbatę z owoców leśnych. Brakuje mi bardzo earl greya, ale z drugiej strony - bez cukru byłaby dużo gorsza niż owocowa. Ponadto mam dylemat organizacyjno-finansowy, bo obok mnie leżą pieniądze: dość, by rozwiązać problem braku cukru czy - gorsze - miauczących z niedokarmienia kotów, ale za mało, by opłacić nimi to, na co są przeznaczone. Wkurza mnie ta sytuacja, frustruje i uniemożliwia koncentrację na czymkolwiek innym - bo zakładam, że to brak pieniędzy, wokół którego koncentruję uwagę od ponad roku, jest źródłem jej ciągłego rozproszenia.
Zauważyłem ponadto, że kiedy jestem w złym nastroju, zapominam o pisaniu w dzienniku czy kalendarzu, tak jakbym dążył do zatarcia nieprzyjemnych okresów. Być może to jest powodem ostatnio mnie niepokojących problemów z pamięcią - to i rozkojarzenie.
Wniosek: żeby mi się polepszyło, musi mi się polepszyć. Żeby jeszcze równie łatwo dało się to zrealizować...
Na inny temat - obejrzałem dwa odcinki "Mentalisty" i najnowszy odcinek "Glee". "Mentalistę" ogląda mi się całkiem przyjemnie, choć nie jest to serial, który by mnie wciągał - pewnie dlatego, że każdy epizod jest o czymś innym, a ja jednak zdecydowanie wolę seriale z fabułą tam spójną jak w "The Vampire Diaries" czy w lepszych partiach "Glee". Patrick Jane jest przyjemnym, nieco psychopatycznym draniem z rozbrajającym uśmiechem i sztuczkami, w których rozpoznaję własne, terapeutów i NLP-owców. Co prawda z nieco psychopatyczny drani z rozbrajającym uśmiechem zdecydowanie wolę mroczniejsze wydanie, czyli Damona, a Jane jest zbyt słoneczny, ale i tak - miło popatrzeć. I pobawić się w "aha, rozpoznaję jego technikę!".
Natomiast "Glee" mi w pewnym momencie zgrzytnęło nadmiarem negatywizmów. Knująca Sue, knująca Quinn, knująca Santana, wmanipulowana Brittany... Quinn zwłaszcza, tak totalnie bezwzględnej i zaborczej jeszcze jej nie widziałem (faktycznie mała Sue z niej) - natomiast coraz bardziej podoba mi się Puck jako postać: zaczynał jako "ten zły", ale w porównaniu ze swoją ex dostrzega granice i, co najlepsze, dojrzewa. Puck wygląda na kogoś dobrego, kto nigdy nie został nauczony, jak swoje dobro wyrażać i powoli się tego uczy - Quinn natomiast zepsuto wymogiem, by była idealna, by Coś osiągnęła. Mimo że odcięła się na krótko od swojego wyglądu (ciało przedmiotem), nadal jest przekonana, że aby coś znaczyła, musi mieć jakieś zewnętrzne atuty - na przykład swoje dziecko - i dla nich robi rzeczy bardzo złe. Zdawałoby się, że ciąża i bycie w "Glee" jakoś ją ukierunkowały i pozwoliły jej odkryć podstawowe wartości, ale nadal jest bardzo pogubiona i w głębi duszy potwornie nieszczęśliwa.
Na szczęście w odcinku były też pozytywy. No ale był Burt, a na niego zawsze można pod tym względem liczyć - nie tylko robi rzeczy dobre same w sobie, ale także popycha innych do przodu. I końcowa scena pocałunku była... spodziewana, ale nie aż tak szybko, i bardzo, ale to bardzo interesująca.
Ponieważ moja pamięć ostatnio ma się nienajlepiej, założyłem zeszyt, w którym zapisuję od wczoraj wszystko, co tego dnia mam do zrobienia oraz co zrobiłem. Po namyśle na pierwszej stronie zapisałem listę czynności do wykonywania codziennie: ogarnianie pokoju (fuj), nauka 10 angielskich słówek, kurs przyspieszający czytanie, godzina nauki, godzina czytania... Jeżeli wytrzymam pierwsze trzy - cztery tygodnie, powinienem wyrobić sobie odpowiednie nawyki i przestać potrzebować listy.
Bezrobocie strasznie rozleniwia - niby mam nieporównanie więcej czasu, ale nie wykorzystuję go jak należy, przeciwnie: godziny i dni po prostu mi się rozmazują. Tymczasem, skoro mam te dziewięć godzin dziennie więcej, mógłbym się sprężyć i dokształcić, rozwinąć. Tylko potrzebuję do tego jakiegoś mechanizmu kontroli. Mam wrażenie, że codzienne odhaczanie pozycji na liście (z czasem rozbudowywanej) powinno pomóc. W każdym razie taką metodę zaleciłbym komuś obcemu, kto zapytałby mnie co ma zrobić.
Jedyny problem polega na tym, że od wczoraj znowu biorę stada tabletek, od których mój organizm zdążył się już odzwyczaić. W efekcie po prostu usypiam na siedząco: spałem w nocy z dziesięć godzin, pofunkcjonowałem przez pięć, a następnie padłem i obudziłem się o dwudziestej pierwszej trzydzieści. Plan zrealizowałem w połowie.
A jutro zajęcia od ósmej do siedemnastej trzydzieści, w ich trakcie i po zajęciach załatwianie wpisów do indeksu... Może ta kawa o północy to nie był najlepszy pomysł? ;)
Wychodzi na to, że mam na blogu kolejnych nieproszonych gości. Pozdrawiam zatem i gości, i ludzi, którzy bez porozumienia ze mną podają adres bloga osobom, których nie chciałem tu widzieć. Mam nadzieję, że dobrze się bawicie.
Całe szczęście, że od dawna nie piszę tu na tyle prywatnych rzeczy, bym miał inny powód do wściekania się niż sam fakt utraty zaufania do kogoś i irytacja, że jakaś osoba pcha się z butami w moje życie. (A teraz pewnie powtarza sobie w myślach jakieś niezbyt wymyślne usprawiedliwienia dla swojego wścibstwa).
W ogóle z zaufaniem ostatnio było ciekawie. Dowiedziałem się, że ktoś, kogo darzyłem sympatią, postąpił w absolutnie paskudny sposób, świadomie manipulując bliską osobą. Powiedzieć, że nie przepadam za świadomą manipulacją i świadomymi kłamstwami w celu wyciągnięcia informacji, to eufemizm, głównie dlatego, że też bym tak umiał (patrz: poprzednia notka) i bardzo się pilnuję, by nigdy nie uciekać się do podobnie prymitywnych metod i wyjaśniać wszystko wprost. Oczywiście - nie zawsze się udaje komunikować otwarcie, choćby dlatego, że ciężko zdawać sobie sprawę ze wszystkich swoich ukrytych motywów, wpływów na sytuację, zakłóceń w komunikacji i tak dalej, i tym podobne. Ale można się starać. I odkrycie, że ktoś darzony sympatią to po prostu świadomie (!) odrzucił w imię osiągnięcia jakiegoś celu... Cóż, utrata tylu złudzeń jednocześnie nie należy do przyjemności.
Nosi mnie i zgrzytam zębami, a lista rzeczy do zrobienia (zamiast przejmowania się tym wszystkim) rośnie i rośnie.
Właściwie w ogóle nie bylibyśmy w stanie funkcjonować jak ludzie bez słów: umiejętności nazywania, opisywania, kategoryzowania. Skupilibyśmy się na zachowaniach instynktownych, lepiej rozumielibyśmy mowę ciała - ogólnie bylibyśmy inni.
Ale nie o tym chciałem napisać, tylko o ciężkim losie psychologa.
Są ludzie, którzy zwierzają mi się już podczas pierwszej rozmowy. Są ludzie, którzy opowiadają mi bardzo różne, bardzo prywatne rzeczy, często dotyczące również innych ludzi. I są konflikty pomiędzy jednymi a drugimi, podczas gdy ja przecież jestem z nimi w jakichś relacjach. Czasami zdarzają się też konflikty pomiędzy mną a kimś innym.
Mam wrażenie, że ludzie nie do końca zdają sobie sprawę, jaką władzę dają mi do ręki - albo tak bezgranicznie mi ufają. Wiem mnóstwo. Tak duże mnóstwo, że na szczęście nie jestem w stanie tego zapamiętać. Mimo to, jednym precyzyjnie dobranym zdaniem mógłbym zniszczyć czyjś związek albo głęboką przyjaźń. Raz, kiedy byłem sporo młodszy i słabiej się kontrolowałem (oraz nie studiowałem jeszcze psychologii), zdarzyło mi się wejść w konflikt z osobą mającą właśnie myśli samobójcze - gdybym pociągnął wypowiedź dalej, mogłaby się wydarzyć tragedia, na szczęście ochłonąłem i jeszcze wyciągnąłem wnioski na przyszłość. Są też osoby, o których wiem takie rzeczy, że gdybym je ujawnił, straciłyby wszystko, co dla nich ważne. Z wolnością włącznie.
Czasami bywam na kogoś wściekły i chętnie bym się odgryzł. Są ludzie, których mam pełne prawo nienawidzić za to, co mi zrobili. Są konflikty, w które bardzo chętnie bym wszedł z tym jednym precyzyjnie dobranym zdaniem. Są sytuacje, w których chętnie bym zainterweniował, bo mam w głowie "moim zdaniem tak byłoby dla ciebie lepiej". Ale tylko bym tym zaszkodził innym, nawet działając w imię czyjegoś dobra rozumiałbym je źle - bo widocznie ten człowiek nie jest gotowy na moją interwencję.
Wobec tego uczę się w ekspresowym tempie milczenia. Nieinterweniowania z zasady, ewentualnie przekazywania samych pozytywnych rzeczy, które druga osoba i tak wie, ale warto je podkreślić. Wsłuchiwania się w człowieka. Wybaczania ludziom, którzy mnie zranili (rozumienie sieci zależności i odnoszenie wszystkiego do mojego znerwicowanego kota, który drapie, kiedy się czegoś boi, bardzo w tym pomaga). Psychologiczne "mmm" w najróżniejszych odmianach mam opanowane do perfekcji - czasami to jedyna właściwa odpowiedź.
Na pierwszym roku mieliśmy wykład "Psycholog jako zawód zaufania publicznego". Wykładowca stwierdził, że człowiek z wiedzą i umiejętnościami psychologa, ale bez etyki, to świetny manipulator i nikt ponadto. O etyce wiedziałem wcześniej, głębia pojęcia "zawód zaufania publicznego" dociera do mnie teraz.
Ogarnąłem wreszcie e-booki, które mam na dysku: po wywaleniu tego, czego na pewno nigdy nie przeczytam, powieści i rzeczy zbyt nieczytelnych, zostały mi - bagatela! - 442 pliki. Część z nich to artykuły lub publikacje dostarczane w formie bonusów, mające może ze 30 stron A5, jednak połączenie tej ilości ze świadomością, że wszystko to chciałbym przeczytać, trochę mnie przytłoczyło. Nie bardzo wiem, od czego zacząć...
Chociaż nie, do pewnego stopnia wiem. Mam tam e-book o poszukiwaniu pracy oraz kilka potrzebnych mi do przygotowania kursu dla koleżanki oraz (mam nadzieję) wielu innych klientów. Zamierzam ogarnąć się z tematem, w którym jestem średniozaawansowany, i wejść na poziom ekspercki, żeby móc uczyć nie tylko początkujących. Mam też plan, by przygotować sobie gotowce: konspekty, ćwiczenia, linki - wszystko w OneNote - tak, aby nie musieć ich szukać po całym dysku oraz sieci. A później zacznę ogarniać kolejne tematy. Powinienem jeszcze się przemóc i doczytać o kilku programach elektronicznych, tak abym umiał przedstawić je klientom biznesowym. Z zastrzeżeniem, że osobiście nie jestem przekonany, ale są takie i takie zalety, ten program kosztuje tyle, ten tyle, a tamte dwa razy więcej, moim zdaniem najbardziej korzystny z danej półki cenowej jest ten, a jeśli kogoś stać, to warto zainwestować w tamten.
Zaplanowałem to na dzisiaj i niestety kawa powoli zaczyna nadawać się do picia, a kiedy ją skończę, pora zabrać się do pracy.
Czuję się potwornie nieogarnięty, ale dziwnie spokojny.
*