Kontynuujemy korespondencję, planując następne spotkanie. Miło przeczytać, że dyrektor sprzedaży będzie szukał okazji, by przyjechać służbowo do innego kraju - i konkretnego miasta - możliwie szybko. Tym bardziej, że zaczynaliśmy od zabicia jednego wieczoru, a zapowiada się przyjemny romans.
Siedzę z diki.pl i sprawdzam słówka. Łypię też na repetytorium leksykalne z zamiarem pozaznaczania, które wyrazy już znam (to bardzo budujące i przy okazji stanowi świetną metodę utrwalania słownictwa), a także na Murphy'ego, bo czuję, że przydałaby mi się powtórka trybów warunkowych i bardziej złożonych czasów. Normalnie szok. Czynny angielski zaczął mi być potrzebny do czegoś konkretnego i momentalnie skoczyły mi ambicje.
Obejrzałem hurtem - w niewiele ponad dobę - całą "Grę o tron" i teraz czytam książkę; właśnie pojawił się Samwell Tarly, człowiek dość odważny, by umieć przyznać przed innymi, że jest nieziemskim tchórzem. Bardzo go lubię, przypomina mi trochę Neville'a Longbottoma - w serialu miał nawet identyczną scenę z przeciwstawieniem się przyjacielowi (co też wymaga odwagi; zastanawiam się, jak bardzo wyrobi się przez następne tomy). Przeczytałem też trochę recenzji książki na lubimyczytać, dużo osób wymieniało tam ulubionych bohaterów - i obawiam się, że jestem mało oryginalny. Tyrion Lannister, Jon Snow, Arya, Daenerys. Swoją drogą, bardzo rzadko podobają mi się kobiece postaci literackie; stworzenie aż dwóch ulubienic występujących na kartach jednej książki to prawdziwy wyczyn.
Przy okazji oglądania serialu doszedłem do wniosku, że jednak jestem strasznie wrażliwy - zniesmaczała mnie ilość krwi, flaki na wierzchu, rozgniatana tarczą czaszka, bulgot rozdartej tętnicy. Dobrze, że nie cenzurowali serialu (od razu przypomniał mi się papierowy "Wiedźmin"), ale ileś razy wydawałem z siebie zdegustowane "yy". Realizm fabularno-psychologiczny - tak, nagie ciała - tak, rzeźnia - zło konieczne.
Na Filmwebie namierzyłem wątek, w którym jakiś człowiek bulwersuje się, że w jednym odcinków pojawiła się scena, w której dwóch gejów/bi goli sobie włosy na piersi (później jeszcze jeden klęka przed drugim w wiadomym celu) i co on by powiedział dziecku...
Rzeź - okej, bo to samo dziecko znajdzie w dowolnej grze komputerowej. Mnóstwo heteroseksualnej erotyki ocierającej o pornografię, w tym scena seksu między rodzeństwem - okej. Teksty w rodzaju "Pozwoliłbym cię zerżnąć 40? tysiącom mężczyzn i ich koniom, byle odzyskać władzę" (w wykonaniu czułego braciszka sprzedającego siostrę) - okej. Dziecko to wszystko może oglądać. Ale depilacji męskiej klatki piersiowej - już nie.
Zdziwiłem się.
Byłem w środę na randce idealnej. Ku mojemu ciężkiemu zaskoczeniu, bo nie miałem zbyt wysokich oczekiwań - ot, chciałem się dla odmiany z kimś spotkać, odreagować ostatni tydzień. Nawet nie byłem przekonany do spotkania z tą właśnie osobą, bo sporo starszy (nawet jak na mnie i moje przebywanie głównie z nie-rówieśnikami), uderzająco podobny do męża przyjaciółki i jeszcze spoza Polski, co zapowiadało sporo barier komunikacyjnych. Słowem: pierwszy lepszy facet z brzegu.
"Pierwszy lepszy facet z brzegu" okazał się niesamowicie otwartym na świat i ludzi, dojrzałym, inteligentnym i cudownie uporządkowanym wewnętrznie człowiekiem z dużą klasą.
Spotkaliśmy się w japońskiej restauracji i spędziliśmy tam ładnych kilka godzin, kontemplując przygotowywanie sushi i pływające łódeczki z potrawami, delektując się różnymi smakołykami (dostałem zakaz patrzenia na ceny i pod koniec byłem głęboko nieszczęśliwy, kiedy przepływała koło mnie przepiękna, duża porcja maki z tuńczykiem, a ja już nie miałbym co z nią zrobić) i dyskutując na przeróżne tematy. Okazało się, że mój nieszczęsny angielski pozwala mi przedstawić sytuację osób LGBT w Polsce, wyrazić zdanie na temat legalizacji marihuany, zrozumieć specyfikę pracy dyrektora sprzedaży międzynarodowej korporacji, przytoczyć ileś anegdotek, opowiedzieć o wyższości Kindle'a nad iPadem (zaczynając od "co to jest Kindle, jak wygląda i do czego służy"), wdać się w dyskusję na temat spadku jakości telewizji w Szwajcarii i Polsce pod wpływem programów z USA oraz zrozumieć smutne konsekwencje spadku wartości euro. Błyskawicznie złapaliśmy dobry kontakt, a randka trwała dużo dłużej niż mieliśmy w planach.
Po powrocie do domu przeczytałem wysłanego zaraz po rozstaniu maila z mnóstwem ciepłych słów, podziękowaniem za spotkanie i nadzieją, że nie było ono ostatnie. Bardzo przyjemny gest. Zresztą mężczyzna zdecydowanie umiał się zachować, kilka razy dopytywał, czy wszystko ok, a może mam jakieś życzenia, może bym czegoś chciał? Przykładowo, zanim zdążyłem pomyśleć, że chętnie bym się czegoś napił, on już pytał, na co dokładnie mam ochotę.
Kiedy byłem ostatnio na podobnym spotkaniu, miałem zbyt mało doświadczenia, by zorientować się, że jestem na randce (co było dość zabawne, zwłaszcza gdy umiałem już sobie wyobrazić reakcje zapraszającego), a zaraz po wyjściu z lokalu zostałem odwieziony do domu. Spory kontrast.
Nie rozumiem świata.
Jest się - podobno - najlepszym przyjacielem. Poświęca się swój czas, pomaga, wspiera, słucha, doradza. Widzi wady, ale nadal akceptuje. Staje obok, kiedy na człowieka rzuca się stado wrogich ludzi - kosztem paru innych przyjaźni i dobrego czucia się w grupie. Zaniedbuje inne sprawy, bo bliski jest w potrzebie. Nie kłóci o pierdoły.
Zdawałoby się, że to do czegoś zobowiązuje. Do jakiejś wzajemności. Do poświęcania czasu, pomagania, sprzeciwiania innym. Do dbania o jakość relacji.
Nie, jednak nie. Przeciwnie - wszystko wskazuje na to, że właśnie dlatego okazałem się pierwszy na liście do odstrzału. Bo im trudniejsze relacje, tym chętniej się o nie zabiega, bo są tym cenniejsze dlatego, że trudne. A ja to takie nic.
Zero okazania, że zależy. Machnięcie ręką i po sprawie, bo jakiekolwiek zmiany dla mnie - phi, po co. Za dużo wysiłku. Nie warto w ogóle podejmować prób.
Strasznie mi przez to źle: psychicznie, fizycznie. Starałem się, dbałem - tylko po to, by w końcu odkryć, że równie dobrze może mnie nie być.
Mój światopogląd dostał wczoraj zagadkę, na widok której uciekł z krzykiem. Czasami naprawdę nie rozumiem, czym kierują się ludzie przy podejmowaniu swoich decyzji - i chyba nie chcę znać tych motywów.
Dorwałem i kupiłem sobie na urodziny rewelacyjną książkę do nauki języków obcych, zawierającą mnóstwo pomysłów dostosowanych do własnego profilu inteligencji i dominujących kanałów sensorycznych i teraz starannie i z mozołem sprawdzam w praktyce jedną z technik - mianowicie zakreślam na kolorowo wszystkie znane mi słowa w obcojęzycznej książce. Tak, znane. W efekcie prawie cały tekst będzie pomarańczowy, a na marginesie będę mógł napisać definicje słów, których nie znam. Jak dotąd odkryłem, że rozumiem więcej niż gdybym czytał normalnie oraz lepiej koncentruję się na tekście. Kiedy skończę czytać książkę, przetestuję również kilka innych, nowych metod. Powoli zaczyna do mnie naprawdę docierać, że uczenie się języka nie musi być siedzeniem nad książką i kuciem słówek, tylko przyswajaniem ich w znacznie bardziej naturalny, bardziej atrakcyjny sposób. Cóż, faktem jest, że w osiem lat przeskoczyłem sam z siebie z pre-intemediate do tego upper-intermediate...
Bo, no właśnie, zrobiłem test w Empik School i chyba się nie doceniam, ponieważ zaklasyfikowano mnie do 10. poziomu na 12, co oznacza upper-intermediate; o jeden poziom wyżej niż myślałem.
Pora zacząć się doceniać!
Wylewa się ze mnie żal i rozgoryczenie.
Jednym z moich drażliwszych punktów jest bycie traktowanym jak darmowa - nie tylko bezpłatna w znaczeniu finansowym - pomoc psychologiczna. Ludzie nie chodzą do terapeuty, chodzą do mnie. Bo bliżej, bo oszczędniej, bo mają zaufanie, bo nie muszą szukać, bo mylą to z przyjaźnią, bo...
Póki działa to na zasadzie wzajemności - okej. Jeśli jednak wszystkie moje granice są przekraczane, jeśli mimo moich ostrzeżeń nie dostaję nic w zamian, bo inne tematy są ważniejsze, a ja mam rozumieć i rozumieć, że trudna sytuacja, że priorytety, że, że, że...
Czuję się wykorzystany i zdradzony. Co z tego, że jestem doceniany jako wsparcie, jeśli to jest wszystko, na co mogę liczyć? A inne aspekty mnie? A moje osobiste potrzeby? A moja wartość jako osoby?
Nie jestem podpórką, jestem człowiekiem. Który chciałby czasem usłyszeć "kocham cię", a nie tylko "dzięki za pomoc". Mam wrażenie, że nawet kot dostawał ostatnio więcej uwagi i ciepła niż ja. O ludziach nie wspominając.
Strasznie żałuję, ale nawet jeśli chcę być z osobą, nie chcę być w takim związku.
Taki właśnie tytuł nosi książka Wallace'a, którą właśnie skończyłem; książeczka i dzieło równocześnie, bo licząc sobie zaledwie sto kilka stron, jest owocem długoletnich przemyśleń autora na temat każdego z osobna i świata w ogóle. Co istotne - mimo że tematem przewodnim jest osiągnięcie wielkości (Wielkości, jak pisze autor), książka skoncentrowana jest równolegle na uczeniu pokory. Mówi wprost: tak, jesteś bogiem - o ile tak o sobie myślisz; myślenie jest tu kluczem do wszystkiego - ale pośród bogów, bo skoro wszyscy mają ten sam potencjał i każdy może stać się kim zechce, wszyscy jesteśmy sobie równi. Jest to też książka bardzo optymistyczna, czuje się, że powstała te sto lat temu: przesyca ją entuzjazm wobec świata. Autor zachęca do wykształcenia w sobie przekonania, że wszystko na świecie zmierza w dobrym kierunku. Zmarł w 1911 roku, mając zaledwie 51 lat - miałby szansę dożyć Wielkiej Wojny, a nawet II wojny światowej. Ciekawi mnie, czy te wydarzenia wpłynęłyby na jego światopogląd, czy umiałby je jakoś wyjaśnić.
Jak łatwo zgadnąć, książka jest bardzo religijna, acz nienachalnie - choć słowo "Bóg" pojawia się co najmniej kilkadziesiąt razy, zazwyczaj da się w jego miejsce podstawić Kosmos, Wyższą Inteligencję czy w co kto wierzy, o ile oczywiście wierzy w cokolwiek. Jeśli nie - całość nadal można odczytać jako solidną lekcję etyki. I chyba dlatego książka tak mi się spodobała - w przeciwieństwie do wielu innych nie kusi tanim sukcesem (na przykład u płci przeciwnej na przykład, Neurolingwistyczne Uwodzenie, a brr), który można osiągnąć w niezbyt uczciwy sposób - przeciwnie, dyskretnie potępia takie zachowania i wskazuje ich przeciętność. Pokazuje, co natomiast można zrobić, aby rozwinąć sobie prawdziwie silną osobowość, być odpornym na niepowodzenia i osiągać sukcesy niejako po drodze, jako coś, co samo przychodzi w wyniku bycia tym, kim się zadecydowało być.
Równocześnie zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń, na przykład że to, co się czyta i w jakich ilościach, nie jest tak ważne jak to, co się na ten temat myśli - i że czytanie Szekspira nie sprawi, że będzie się pisało jak Szekspir, trzeba po prostu myśleć jak on.
Kupić ją można tutaj.
Przy okazji naszła mnie refleksja, że mam na dysku stada książek typu "poradnik dla ubogich", których największą wadą jest to, że w prosty sposób przedstawiają złożone zagadnienia, podczas gdy przecież należy przedstawiać je jako skomplikowane, żeby czytelnicy mogli poczuć się tacy mądrzy, że oni to przeczytali i jeszcze zrozumieli główną ideę autora. Jedna z tego typu publikacji zawiera kwintesencję kilku moich przedmiotów na psychologii - oczywiście, że studia dały wiedzę bogatszą w mnóstwo szczegółów, niemniej jednak... W ten sposób wielu dziedzin nie trzeba studiować, żeby mieć konkretną i praktyczną wiedzę na dany temat.
Tu natychmiast przypomina mi się książka mojego promotora - dwadzieścia lat badań, by powstało sto dwadzieścia stron teorii spisanej prostym językiem.
Powinienem zapamiętać, że to norma: ilekroć matka dochodzi do siebie, ja potrzebuję kilku dni na odreagowanie. Zastanawia mnie, czy to bardziej kwestia atmosfery w domu i zarażania się nią, czy też spinania się emocjonalnie, żeby przebrnąć i ogarniać wszystko na bieżąco. Co ciekawe, zwykle pomaga reset: spanie dzień, dwa po wiele godzin, a następnie obudzenie się późnym wieczorem (pomiędzy 22 a 2) - wtedy wprawdzie z początku mnie nosi, jednak po kilku godzinach zaczynam dochodzić do konstruktywnych wniosków i mam napęd do dalszego działania. Zwykle oznacza to randkę z dziennikiem osobistego rozwoju, przegrzebywanie się przez e-booki albo pisanie czegoś.
Niestety skutkiem ubocznym jest głód - czasami nie bardzo jest czym go zaspokoić. Dzisiaj chętnie napiłbym się kawy, ale nie ma cukru ani mleka, a czarna... Cóż, nie jestem aż tak zdesperowany, wystarczy, że wypiłem gorzką miętę i (póki była) gorzką herbatę z owoców leśnych. Brakuje mi bardzo earl greya, ale z drugiej strony - bez cukru byłaby dużo gorsza niż owocowa. Ponadto mam dylemat organizacyjno-finansowy, bo obok mnie leżą pieniądze: dość, by rozwiązać problem braku cukru czy - gorsze - miauczących z niedokarmienia kotów, ale za mało, by opłacić nimi to, na co są przeznaczone. Wkurza mnie ta sytuacja, frustruje i uniemożliwia koncentrację na czymkolwiek innym - bo zakładam, że to brak pieniędzy, wokół którego koncentruję uwagę od ponad roku, jest źródłem jej ciągłego rozproszenia.
Zauważyłem ponadto, że kiedy jestem w złym nastroju, zapominam o pisaniu w dzienniku czy kalendarzu, tak jakbym dążył do zatarcia nieprzyjemnych okresów. Być może to jest powodem ostatnio mnie niepokojących problemów z pamięcią - to i rozkojarzenie.
Wniosek: żeby mi się polepszyło, musi mi się polepszyć. Żeby jeszcze równie łatwo dało się to zrealizować...
Na inny temat - obejrzałem dwa odcinki "Mentalisty" i najnowszy odcinek "Glee". "Mentalistę" ogląda mi się całkiem przyjemnie, choć nie jest to serial, który by mnie wciągał - pewnie dlatego, że każdy epizod jest o czymś innym, a ja jednak zdecydowanie wolę seriale z fabułą tam spójną jak w "The Vampire Diaries" czy w lepszych partiach "Glee". Patrick Jane jest przyjemnym, nieco psychopatycznym draniem z rozbrajającym uśmiechem i sztuczkami, w których rozpoznaję własne, terapeutów i NLP-owców. Co prawda z nieco psychopatyczny drani z rozbrajającym uśmiechem zdecydowanie wolę mroczniejsze wydanie, czyli Damona, a Jane jest zbyt słoneczny, ale i tak - miło popatrzeć. I pobawić się w "aha, rozpoznaję jego technikę!".
Natomiast "Glee" mi w pewnym momencie zgrzytnęło nadmiarem negatywizmów. Knująca Sue, knująca Quinn, knująca Santana, wmanipulowana Brittany... Quinn zwłaszcza, tak totalnie bezwzględnej i zaborczej jeszcze jej nie widziałem (faktycznie mała Sue z niej) - natomiast coraz bardziej podoba mi się Puck jako postać: zaczynał jako "ten zły", ale w porównaniu ze swoją ex dostrzega granice i, co najlepsze, dojrzewa. Puck wygląda na kogoś dobrego, kto nigdy nie został nauczony, jak swoje dobro wyrażać i powoli się tego uczy - Quinn natomiast zepsuto wymogiem, by była idealna, by Coś osiągnęła. Mimo że odcięła się na krótko od swojego wyglądu (ciało przedmiotem), nadal jest przekonana, że aby coś znaczyła, musi mieć jakieś zewnętrzne atuty - na przykład swoje dziecko - i dla nich robi rzeczy bardzo złe. Zdawałoby się, że ciąża i bycie w "Glee" jakoś ją ukierunkowały i pozwoliły jej odkryć podstawowe wartości, ale nadal jest bardzo pogubiona i w głębi duszy potwornie nieszczęśliwa.
Na szczęście w odcinku były też pozytywy. No ale był Burt, a na niego zawsze można pod tym względem liczyć - nie tylko robi rzeczy dobre same w sobie, ale także popycha innych do przodu. I końcowa scena pocałunku była... spodziewana, ale nie aż tak szybko, i bardzo, ale to bardzo interesująca.
Ponieważ moja pamięć ostatnio ma się nienajlepiej, założyłem zeszyt, w którym zapisuję od wczoraj wszystko, co tego dnia mam do zrobienia oraz co zrobiłem. Po namyśle na pierwszej stronie zapisałem listę czynności do wykonywania codziennie: ogarnianie pokoju (fuj), nauka 10 angielskich słówek, kurs przyspieszający czytanie, godzina nauki, godzina czytania... Jeżeli wytrzymam pierwsze trzy - cztery tygodnie, powinienem wyrobić sobie odpowiednie nawyki i przestać potrzebować listy.
Bezrobocie strasznie rozleniwia - niby mam nieporównanie więcej czasu, ale nie wykorzystuję go jak należy, przeciwnie: godziny i dni po prostu mi się rozmazują. Tymczasem, skoro mam te dziewięć godzin dziennie więcej, mógłbym się sprężyć i dokształcić, rozwinąć. Tylko potrzebuję do tego jakiegoś mechanizmu kontroli. Mam wrażenie, że codzienne odhaczanie pozycji na liście (z czasem rozbudowywanej) powinno pomóc. W każdym razie taką metodę zaleciłbym komuś obcemu, kto zapytałby mnie co ma zrobić.
Jedyny problem polega na tym, że od wczoraj znowu biorę stada tabletek, od których mój organizm zdążył się już odzwyczaić. W efekcie po prostu usypiam na siedząco: spałem w nocy z dziesięć godzin, pofunkcjonowałem przez pięć, a następnie padłem i obudziłem się o dwudziestej pierwszej trzydzieści. Plan zrealizowałem w połowie.
A jutro zajęcia od ósmej do siedemnastej trzydzieści, w ich trakcie i po zajęciach załatwianie wpisów do indeksu... Może ta kawa o północy to nie był najlepszy pomysł? ;)
Wychodzi na to, że mam na blogu kolejnych nieproszonych gości. Pozdrawiam zatem i gości, i ludzi, którzy bez porozumienia ze mną podają adres bloga osobom, których nie chciałem tu widzieć. Mam nadzieję, że dobrze się bawicie.
Całe szczęście, że od dawna nie piszę tu na tyle prywatnych rzeczy, bym miał inny powód do wściekania się niż sam fakt utraty zaufania do kogoś i irytacja, że jakaś osoba pcha się z butami w moje życie. (A teraz pewnie powtarza sobie w myślach jakieś niezbyt wymyślne usprawiedliwienia dla swojego wścibstwa).
W ogóle z zaufaniem ostatnio było ciekawie. Dowiedziałem się, że ktoś, kogo darzyłem sympatią, postąpił w absolutnie paskudny sposób, świadomie manipulując bliską osobą. Powiedzieć, że nie przepadam za świadomą manipulacją i świadomymi kłamstwami w celu wyciągnięcia informacji, to eufemizm, głównie dlatego, że też bym tak umiał (patrz: poprzednia notka) i bardzo się pilnuję, by nigdy nie uciekać się do podobnie prymitywnych metod i wyjaśniać wszystko wprost. Oczywiście - nie zawsze się udaje komunikować otwarcie, choćby dlatego, że ciężko zdawać sobie sprawę ze wszystkich swoich ukrytych motywów, wpływów na sytuację, zakłóceń w komunikacji i tak dalej, i tym podobne. Ale można się starać. I odkrycie, że ktoś darzony sympatią to po prostu świadomie (!) odrzucił w imię osiągnięcia jakiegoś celu... Cóż, utrata tylu złudzeń jednocześnie nie należy do przyjemności.
Nosi mnie i zgrzytam zębami, a lista rzeczy do zrobienia (zamiast przejmowania się tym wszystkim) rośnie i rośnie.
Właściwie w ogóle nie bylibyśmy w stanie funkcjonować jak ludzie bez słów: umiejętności nazywania, opisywania, kategoryzowania. Skupilibyśmy się na zachowaniach instynktownych, lepiej rozumielibyśmy mowę ciała - ogólnie bylibyśmy inni.
Ale nie o tym chciałem napisać, tylko o ciężkim losie psychologa.
Są ludzie, którzy zwierzają mi się już podczas pierwszej rozmowy. Są ludzie, którzy opowiadają mi bardzo różne, bardzo prywatne rzeczy, często dotyczące również innych ludzi. I są konflikty pomiędzy jednymi a drugimi, podczas gdy ja przecież jestem z nimi w jakichś relacjach. Czasami zdarzają się też konflikty pomiędzy mną a kimś innym.
Mam wrażenie, że ludzie nie do końca zdają sobie sprawę, jaką władzę dają mi do ręki - albo tak bezgranicznie mi ufają. Wiem mnóstwo. Tak duże mnóstwo, że na szczęście nie jestem w stanie tego zapamiętać. Mimo to, jednym precyzyjnie dobranym zdaniem mógłbym zniszczyć czyjś związek albo głęboką przyjaźń. Raz, kiedy byłem sporo młodszy i słabiej się kontrolowałem (oraz nie studiowałem jeszcze psychologii), zdarzyło mi się wejść w konflikt z osobą mającą właśnie myśli samobójcze - gdybym pociągnął wypowiedź dalej, mogłaby się wydarzyć tragedia, na szczęście ochłonąłem i jeszcze wyciągnąłem wnioski na przyszłość. Są też osoby, o których wiem takie rzeczy, że gdybym je ujawnił, straciłyby wszystko, co dla nich ważne. Z wolnością włącznie.
Czasami bywam na kogoś wściekły i chętnie bym się odgryzł. Są ludzie, których mam pełne prawo nienawidzić za to, co mi zrobili. Są konflikty, w które bardzo chętnie bym wszedł z tym jednym precyzyjnie dobranym zdaniem. Są sytuacje, w których chętnie bym zainterweniował, bo mam w głowie "moim zdaniem tak byłoby dla ciebie lepiej". Ale tylko bym tym zaszkodził innym, nawet działając w imię czyjegoś dobra rozumiałbym je źle - bo widocznie ten człowiek nie jest gotowy na moją interwencję.
Wobec tego uczę się w ekspresowym tempie milczenia. Nieinterweniowania z zasady, ewentualnie przekazywania samych pozytywnych rzeczy, które druga osoba i tak wie, ale warto je podkreślić. Wsłuchiwania się w człowieka. Wybaczania ludziom, którzy mnie zranili (rozumienie sieci zależności i odnoszenie wszystkiego do mojego znerwicowanego kota, który drapie, kiedy się czegoś boi, bardzo w tym pomaga). Psychologiczne "mmm" w najróżniejszych odmianach mam opanowane do perfekcji - czasami to jedyna właściwa odpowiedź.
Na pierwszym roku mieliśmy wykład "Psycholog jako zawód zaufania publicznego". Wykładowca stwierdził, że człowiek z wiedzą i umiejętnościami psychologa, ale bez etyki, to świetny manipulator i nikt ponadto. O etyce wiedziałem wcześniej, głębia pojęcia "zawód zaufania publicznego" dociera do mnie teraz.
Ogarnąłem wreszcie e-booki, które mam na dysku: po wywaleniu tego, czego na pewno nigdy nie przeczytam, powieści i rzeczy zbyt nieczytelnych, zostały mi - bagatela! - 442 pliki. Część z nich to artykuły lub publikacje dostarczane w formie bonusów, mające może ze 30 stron A5, jednak połączenie tej ilości ze świadomością, że wszystko to chciałbym przeczytać, trochę mnie przytłoczyło. Nie bardzo wiem, od czego zacząć...
Chociaż nie, do pewnego stopnia wiem. Mam tam e-book o poszukiwaniu pracy oraz kilka potrzebnych mi do przygotowania kursu dla koleżanki oraz (mam nadzieję) wielu innych klientów. Zamierzam ogarnąć się z tematem, w którym jestem średniozaawansowany, i wejść na poziom ekspercki, żeby móc uczyć nie tylko początkujących. Mam też plan, by przygotować sobie gotowce: konspekty, ćwiczenia, linki - wszystko w OneNote - tak, aby nie musieć ich szukać po całym dysku oraz sieci. A później zacznę ogarniać kolejne tematy. Powinienem jeszcze się przemóc i doczytać o kilku programach elektronicznych, tak abym umiał przedstawić je klientom biznesowym. Z zastrzeżeniem, że osobiście nie jestem przekonany, ale są takie i takie zalety, ten program kosztuje tyle, ten tyle, a tamte dwa razy więcej, moim zdaniem najbardziej korzystny z danej półki cenowej jest ten, a jeśli kogoś stać, to warto zainwestować w tamten.
Zaplanowałem to na dzisiaj i niestety kawa powoli zaczyna nadawać się do picia, a kiedy ją skończę, pora zabrać się do pracy.
Czuję się potwornie nieogarnięty, ale dziwnie spokojny.
Dla twego zdrowia życia bym nie skąpił,
Po twą spokojność do piekieł bym zstąpił;
Choć śmiałej żądzy nie ma w sercu mojem,
Bym był dla ciebie zdrowiem i pokojem.
Mickiewicz był genialnym poetą.
Jedyna różnica - jestem pewien, że to jest kochanie. Przyjacielskie. (Od przy-jaźni, etymologia tego słowa jest piękna). Mniej więcej ustabilizowane, najdojrzalsze jak dotąd. Zdumiewa mnie chwilami, jak stabilnie reaguję, rozmowy w poprzednich relacjach były znacznie bardziej neurotyczne i skonfliktowane - choć zaraz potem dochodzę do wniosku, że i ja sam przeżyłem bardzo intensywny ostatni rok, i mam co odzwierciedlać: pierwszy raz w życiu jestem z kimś dojrzałym, opanowanym, z dystansem do siebie.
Zależy mi bardzo na jego szczęściu - tak po prostu, altruistycznie. Jestem otwarty na jego potrzeby, dopytuję o nie. Po pierwszym "żądam tego i tego" i uświadomieniu, że tak się nie da i to nie działa, wycofałem się, przetrawiłem emocjonalnie wiele kwestii i zmieniłem postawę, odkrywając przy okazji, że jest ona znacznie bardziej spójna z tym, kim jestem i jakie sam mam potrzeby. Ciekawe, że wymagając więcej od niego, nie tylko rozbiłbym się o mur, ale wręcz zrobiłbym krzywdę sam sobie, bo nie mógłbym spełnić własnych wymagań. Pewnie nadal się uczę, pewnie nadal się docieramy (nie widzę tego tak wyraźnie i analitycznie jak zwykle, także dlatego, że odrzucam fikcyjny Ideał, Do Którego Muszę Dążyć), ale fantastyczne jest dawanie sobie nawzajem czasu i przestrzeni na to dotarcie.
Uderzyło mnie właśnie podobieństwo pomiędzy tym a postawą wobec trenerstwa, o której pisałem: w dwóch różnych sferach życia jestem inny niż byłem, mniej perfekcjonistyczny. Właściwie w trzech, bo na uczelni również odchodzę od hermionizmu - mam słabsze stopnie, mam poprawki jak "normalny student", odrzucam powoli konieczność zrobienia doktoratu na rzecz być może zrobienia go, jeśli do niego dojrzeję. Właściwie w czterech, bo jest jeszcze kwestia zdrowotna... Nie, właściwie w pięciu, bo jeszcze jest pisanie - wiosną po pierwsze zacząłem pisać, a po drugie - wysłałem teksty kilku osobom do sprawdzenia, bo chciałem, żeby były dobre: do tej pory odrzucałem bety, bo Musiałem Sam, to było takie udowadnianie sobie i światu, że nie potrzebuję pomocy, że sam z siebie napiszę tekst doskonały.
Wydaje mi się, że przez przebycie tego koszmaru, jakim był ubiegły rok, wszedłem na wyższy poziom rozwoju. W tamtym sierpniu zapisałem, że rozwijam się tak szybko, że czuję się, jakbym się rozpadał na kawałeczki - i kiedy runęło kilka kolejnych wieżyczek, faktycznie się rozpadłem. Na bardzo drobne kawałeczki. A teraz jestem już inny, starszy i dojrzalszy. (Właściwie powinienem za to podziękować pewnej osobie, bo dużo jej zawdzięczam, ale do tego jeszcze nie dojrzałem - lekcja była zbyt bolesna i nie wszystkie rany się uleczyły).
Stwierdziliśmy dzisiaj zgodnie, że wcześniej nie byliśmy dość dojrzali, że wcześniej by się nie udało. Teraz - ma szansę funkcjonować. Niekoniecznie na zawsze. Jest prawie pewne, że nie na zawsze. Ale tu i teraz jest dobrze, jest konstruktywnie, jest tak, że w przyszłości będę do tych wspólnych chwil wracał z uśmiechem - nawet jeśli po drodze, w innych sferach życia, nadal coś nie działa. Powoli jednak odkrywam, że nie ma tak, by działało wszystko jednocześnie. Że jeśli chce się naprawdę zauważać problemy i z nich uczyć, to te problemy będą, a "żyli długo i szczęśliwie" - taki moment, po którym jest już The End, bo już nie ma o czym opowiadać - nie istnieje. Chciałem napisać, że po śmierci tak, ale to nieprawda, to znaczy - jest to sprzeczne z moją wiarą w reinkarnację. Jeśli dusza wciąż się uczy, wciąż bierze na siebie nowe wyzwania, to siłą rzeczy po śmierci ma co najwyżej krótki urlop - moment na spojrzenie na całe minione życie z nowej perspektywy (to tak jak po warsztatach, gdy robiliśmy ich ewaluację) i wyciągnięcie wniosków potrzebnych do podjęcia kolejnych zadań.
Myślałem przed chwilą o mojej wieloletniej już Guru (bo pierwszy raz zetknąłem się z jej książkami w 2006) i o tym, że teraz sam dochodzę do tego, co ona pisała. Widocznie jej słowa trafiły na podatny grunt, ale musiało upłynąć sporo czasu, by dało się zobaczyć efekty. Guru ma już wiele lat - w tym roku przekroczyła sześćdziesiątkę - czyli siłą rzeczy pisała z perspektywy, której ja mieć nie mogłem, powoli jednak ją nabywam i być może, być może kiedyś faktycznie będę funkcjonował trochę jak ona i prowadził seminaria z rozwoju osobistego. Zobaczymy: na razie jestem na to za młody.
O właśnie: doszedłem wreszcie do umiejętności przyznania, że jestem za młody, mam za mało doświadczenia, że coś jest kwestią czasu. Pamiętam, że jako maturzysta wiedziałem o życiu już wszystko i byłem najmądrzejszy na świecie - co jest chyba cechą charakterystyczną dla tego wieku, bo obecnie umiem spojrzeć na wypowiedzi na forum, pomyśleć "ta osoba ma 19 lat" i po chwili w profilu zobaczyć, że i owszem - a teraz od tego powoli odchodzę (choć nadal irytuję wielu ludzi i pewnie lekcja skromności i pokory będzie jedną z najtrudniejszych w moim życiu).
Wiele z tego zawdzięczam swojemu partnerowi i interakcjom między nami. Dzięki niemu staję się lepszym człowiekiem, a to bardzo cenne.
Znalazłem na dysku napisaną dla przyjaciółki relację pewnej afery, która miała miejsce w elitarnym liceum kilka lat temu: grupa młodzieży, dla której jedna z zasad pewnej bardzo dobrej nauczycielki, napisała petycję do dyrekcji, by nauczycielka od tej zasady odstąpiła. Nauczycielka strzeliła focha i stwierdziła, że od tej pory przestaje się starać, chowa swój warsztat do kieszeni i prowadzi lekcje tak, jakby była zupełnie przeciętną osobą. Wobec tego młodzież napisała drugą petycję, odwołującą tę pierwszą - podpisali się wszyscy poza szóstką uczniów z jednej z klas. Efekt był taki, że nauczycielka wybaczyła młodzieży i wróciła do starych zasad we wszystkich klasach poza tą, w której kilka osób nie podpisało nowej petycji. Ta szóstka stała się Wrogami, bo jak to, co im szkodzi, robią innym krzywdę, przecież to ta nauczycielka przygotowuje ich do zdania matury, jak oni sobie bez niej poradzą... Smaczku dodał opublikowany w szkolnej gazetce artykuł wyśmiewający w bardzo inteligentny sposób postawę nauczycielki. Z jego powodu wybuchł prawdziwy skandal: nauczycielka stwierdziła, że odchodzi, wraz z nią chciał odejść jej mąż, autor został wezwany do ujawnienia się (podpisał się, jak każdy, pseudonimem) i wyzwany od tchórzy - przez konformistów od petycji odwołującej petycję... Kiedy kocioł przycichł, okazało się, że rodzice jednego z uczniów napisali skargę do kuratorium, która właśnie została rozpatrzona i dowiedziała się o niej dyrekcja. Kolejne piekło, kolejna nagonka ze strony uczniów, kolejne święte oburzenie nauczycielki i dyrektora, który wysnuł teorię spiskową, że całość jest dziełem człowieka, który chce zniszczyć od środka jego szkołę.
Zapomniałem zupełnie o sprawie i teraz przeczytałem tę relację jakbym czytał historię pierwszy raz. W oczy rzuciło mi się, jak intensywnie krytykuję młodzież za konformizm i szkołę za oduczanie ludzi trzymania się jakichkolwiek wartości. Jedyne, co miało znaczenie, to matura. Do matury szkoła przygotowuje tak i tak, uczniowie wybierając szkołę zgodzili się na wszystkie zasady, a jak się komuś "nie podoba - papiery są w sekretariacie", cytując dyrektora placówki. Do tego zaszczucie garstki osób, która ośmieliła się myśleć inaczej i naraziła pozostałych na straszne represje w postaci groźby utraty nauczycielki, najwyraźniej jedynej osoby, która jest w stanie przygotować młodzież do matury.
Nauczycielka ta uczyła historii. HISTORII. Polski. Kraju, którego naród przetrwał wyłącznie dzięki odpornym na represje nonkonformistom. I przypomina mi się od razu inna doskonała - tym razem naprawdę - nauczycielka historii z innego elitarnego liceum. W PRL-u kobiecie kazano przepuścić do kolejnej klasy ucznia, który nie chciał się uczyć i uważał, że nie musi, bo ma ustawionych rodziców. Nauczycielka odmówiła, pomimo że zagrożono jej zwolnieniem. Następnie wytoczyła szkole sprawę, nie wzięła prawnika, któy by mówił za nią, wygrała i została przyjęta do szkoły - tylko po to, by samej złożyć wymówienie. To jest WOW. Ale to był PRL i liczyło się coś więcej niż dobre zdanie matury. Zresztą tamta nauczycielka historii przekazywała uczniom rzetelną wiedzę, a nie komunistyczne wymysły. I zastanawiam się - bo historyczka z liceum od afery jest w wieku przedemerytalnym, więc w PRL-u już prowadziła lekcje - czy wtedy również przygotowywała młodzież do doskonałego zdania matury, czy też wykładała im prawdziwą historię.
Jak pomyślę, że wszyscy ci ludzie są teraz na studiach, większość na krajowych uniwersytetach (bo przecież świetnie zdali maturę) i są przyszłością kraju...
Mechanizmy naturalnej selekcji, dzięki którym to konformiści mają szansę przetrwać, bywają szkodliwe.
Napisałem ten egzamin - pojęcia nie mam jak - i chwilowo mam wolne. Potem chyba kompulsyjnie zacznę uczyć się od nowa tego samego, bo wyniki prawdopodobnie będą tuż przed drugą poprawą.
- Umiesz?
- Nie.
- Masz ściągi?
- Nie.
- To jak chcesz zdać?
- Liczę na mój talent pisarski.
W praktyce okazało się, że każde zagadnienie kojarzyłem w mniejszym lub większym stopniu (połowę na pewno mam dobrze, zalicza 75%, a u dziennych - 70%), tylko nie jestem w stanie ocenić, jak do moich wypocin podejdzie wykładowca. Dlatego nie cierpię egzaminów pisemnych. Ustne są znacznie lepsze - można nawiązać z egzaminatorem relację, dostosowywać na bieżąco do jego sposobu myślenia (por. umiejętności studenta psychologii), spędzić miło czas, dyskutując na poziomie o danym zagadnieniu. A pisemny to jedna wielka zgadywanka, szczególnie gdy pytania są tak niejednoznaczne, jak te dzisiejsze. Bo jak mam odpowiedzieć na podstawowe "Określenia/definicje psychologii pracy i organizacji"? Określenia to nie są definicje, mam sobie wybrać? To właśnie zrobiłem - z braku innych pomysłów - i teraz pozostaje mi liczyć, że wykładowca miał na myśli dokładnie to samo. A na egzaminie ustnym mógłbym poprosić o sformułowanie pytania inaczej albo po prostu dopytać, jak on rozumie to pytanie.
Zuo. Frustrujące w dodatku.
W każdym razie - kilka dni luzu i swobody. Przeczytam w spokoju książki, do których się ślinię od tygodnia, odpowiem na zaległe maile, przegram dane ze stacjonarnego na laptopa... I przemyślę kwestię zatrudnienia się gdziekolwiek, bo mieszkanie niby się sprzedaje (tj. agent działa), ale diabli wiedzą, ile to potrwa, a żyć trzeba. Opłacić studia też.
Nie chce mi się straszliwie, czuję się zdemotywowany i niekompetentny - nie potrzebuję nauki do egzaminu, by wiedzieć, że jest to skutek długotrwałego bezrobocia, ale i tak...
Za to ostatnie dni spędziłem jako tzw. "kot", czyli ko-trener. W ramach wolontariatu współprowadziłem warsztaty integracyjne dla pierwszoklasistów z jednego z warszawskich liceów. Obawiam się, że trenerka-organizatorka wstępnie oceniła moje doświadczenie jako większe niż faktycznie miałem i trochę się rozczarowała, ale nie dostałem od niej ani jednego takiego sygnału, więc może jednak nie lub nie było to dla niej tak istotne. Ważne jest, że mogłem obejrzeć jej warsztat od kuchni i sprawdzić się w praktyce - nie dla grupy chętnych, dorosłych uczestników, którym mogę pogadać o czymś, co doskonale znam, tylko dla młodzieży zobligowanej do obecności na zajęciach. W ten sposób przez kilka dni nauczyłem się więcej niż przez cały semestr wykładów i kilkanaście godzin warsztatów z umiejętności trenerskich, które jednak były mocno teoretyczne. Dodatkowo mogę być z siebie dumny, bo chociaż młodzież oceniła mnie gorzej niż trenerkę (logiczne, ona miała lata doświadczenia), to drugie warsztaty nie tylko poszły mi lepiej niż pierwsze (ewidentnie się uczyłem!), ale także zostały przez kogoś ocenione na 6 w skali 1-5, czego nie da się wyjaśnić nawet rozkładem normalnym: ewidentnie do kogoś dotarłem tym, co i jak robiłem.
Dodatkowo podoba mi się jeszcze jedna rzecz, którą u siebie zauważam: jako początkujący trener daję sobie prawo do błędów i rozwijania się. Oczywiście chciałbym wypaść jak najlepiej, oczywiście denerwuje mnie świadomość, że popełniam błąd (zwykle widzę go zaraz po popełnieniu, więc jest to mocno stresujące), ale nie wpadam w nieznośny i autodestrukcyjny perfekcjonizm. Strukturę warsztatów mam opanowaną, niemal intuicyjnie rozumiem jak powinny wyglądać, żeby były dobre - to dobra podstawa. Teraz dodatkowo przerobiłem szybki kurs improwizowania, bo niby mieliśmy scenariusz, ale jedna grupa pracowała "za wolno", druga "za szybko", trenerce przychodziły do głowy nowe pomysły - i na bieżąco wszystko zmienialiśmy. Poznałem też sporo nowych ćwiczeń i wiem, gdzie znaleźć kolejne. Pozostaje praca nad wystąpieniami publicznymi, w których nadal nie jestem super, ale widzę, że z każdym następnym idzie mi coraz lepiej, a także wyczucie grupy, które do pewnego stopnia mam i które też jest do wyuczenia się - oraz odblokowania, bo na razie ewidentnie przytępia mnie stres i to, co umiem w diadzie oraz małej grupie, jest nadal nieosiągalne w większej.
Wracając jeszcze do mojej niekompetencji - myślę, że chodzi tu trochę o brak pewności siebie, a trochę o to, że moje zdolności są po prostu niekompatybilne z oczekiwaniami pracodawców. Z tytułem magistra psychologii i ukończoną szkołą trenerską (czyli już za półtora roku) będzie mi zdecydowanie łatwiej, więc na razie może przemęczę się w pracy niedostosowanej do mnie i poniżej moich kompetencji. Tylko o motywację ciężko...
Uczę się właśnie do jutrzejszego egzaminu - nie poszedłem w pierwszym terminie, a latem Ciągle Coś Się Działo - i próbuję się zmotywować, udowadniając sobie, że zdobywana właśnie z mozołem (kawa, kawa, kawa) wiedza jest potrzebna i osadzona w znanej mi rzeczywistości.
(Koleżanka, którą przygotowywałem do egzaminu z seksuologii sądowej marudziła, że to przedmiot kompletnie abstrakcyjny - parafilie, przestępstwa - i dużo lepiej uczyło jej się psychologii pracy i organizacji, czyli właśnie tego, co zdaję jutro, ponieważ mogła to sobie odnieść do życia).
Faktem jest, że mam za sobą kilka lat pracy w miejscach, o których sporo można napisać. Mam też skrajnie odmienne doświadczenia w wolontariacie. I kiedy się tak zastanowię, sporo z tego, o czym czytam, skądś już znam albo właśnie dostałem możliwość spojrzenia na problem z zupełnie innej perspektywy.
Przykładowo, dawno temu pokłóciłem się ze swoją dziewczyną o stres w pracy. Nie mogła uwierzyć, że prosta, rutynowa praca może być dla mnie stresująca tak samo, jak praca w wielkim napięciu. Otóż zarówno zbyt przeciążająca, jak i zbyt łatwa praca są źródłem stresu, a jeśli rutynową czynność wykonuje człowiek, który ma wysoką potrzebę osiągnięć (a chyba mam, sądząc po tym, że pasuję do charakterystyki: COŚ osiągnąć, mieć dobre wyniki, być najlepszym), jakość wykonywanej przez niego pracy spada wraz z rosnącym stażem. To tłumaczy, czemu moja praca w ostatniej firmie przypominała równię pochyłą: szczyt swoich możliwości osiągnąłem po roku, potem natomiast wszystko było już dla mnie zbyt znajome, zbyt nudne, zbyt monotonne...
Próbuję wymyślić teraz cel nauki: zdanie egzaminu jest zbyt abstrakcyjne, choć powinienem się na to nastawić. Z seksuologią miałem o tyle łatwo, że równolegle z przerabianiem materiału akademickiego, przerabiałem sporo wydarzeń w rzeczywistości i nauka była narzędziem, a przedmioty - kluczem. Natomiast obecnie psychologia pracy i organizacji do mnie słabo przemawia, chyba że chciałbym wyjaśnić wydarzenia ze swojej przeszłości, pokrytykować szefów i znaleźć mechanizmy działania fundacji, dla której działam jako wolontariusz. To ostatnie ma chyba najwięcej sensu - wizja zastosowania wiedzy w praktyce sprawdza się całkiem nieźle jako motywator. (Łatwiej byłoby mi jednak, gdybym nie był bezrobotnym. Bezrobocie to tylko jedno zagadnienie).
Mimo wszystko, nie chce mi się potwornie. Mam tyle ciekawych książek, mam powieść do pisania, mam cholerną magisterkę...
A propos książek do czytania, kupiłem ostatnio publikację, która bardzo mi się przyda jako przyszłemu psychologowi, natomiast nie powinna być w ogóle wydana jako produkt ogólnodostępny. Pod płaszczykiem "osiągniesz sukcesy, będziesz popularny i lubiany" sprzedawane są bowiem techniki psychoterapeutyczne, i to potężne. To trochę tak, jakby sprzedawać na targu autentyczne i działające zaklęcia jako zabawki do wypróbowania w domu. Ja, jako student psychologii, jestem tu trochę uczniem czarnoksiężnika: sporo umiem, ale nadal mam problemy z kontrolowaniem tych umiejętności. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, jak działają pewne techniki, co można za pomocą nich zrobić drugiemu człowiekowi i że to wielka odpowiedzialność, więc nie można bawić się na żywym organizmie - zwłaszcza takim, który nie wyraził zgody. Tymczasem tę książkę kupić może każdy człowiek z ulicy. Co więcej, książka nie zawiera ostrzeżeń, że to potężne narzędzia i że stosowanie ich może być niebezpieczne (bo wtedy nie sprzedawałaby się tak dobrze) - ot, po prostu kusi osiągnięciem sukcesów osobistych i zawodowych. Tymczasem są pewne umiejętności, z których po prostu nie można korzystać dla własnych korzyści.
*